Prolog

Aż nie wiem nawet od czego zacząć… Każdy w głębi duszy marzy o Alasce, zawsze miałem okazję Alaskę podziwiać tylko na ekranach TV oglądając największe produkcję snowboardowe.
Każdy z nas, oczywiście zna także Jeremy Jonesa i jego niesamowite zjazdy na Alasce. Postanowiliśmy, że pójdziemy w ślady J.J. który w 1994 roku zaczynając swoją przygodę na Alasce, zaczął od miejsca Valdez –Thompson Pass. Jednym ze zjazdów był zjazd z Berlin Wall’a. Postanowiliśmy więc, że pójdziemy tą samą drogą i poczujemy chociażby odrobinę tej adrenaliny co 20 lat temu czuł sam legendarny Jeremy Jones. Dodatkowo postanowiliśmy, że weźmiemy udział w największym festiwalu freeride’owym na świecie Tailgate Alaska, w którym udział brali tacy riderzy jak Travis Rice, Scotty Lago czy Sammy Luebke.
Z początkiem 2013 roku postanowiłem, że spróbuję zrealizować pomysł, który narodził się już dużo wcześniej w ekipie Summit Snowboard Squad. Pozostało tylko podjęcie tej ostatecznej decyzji. Tak więc udało się nam zrealizować największe nasze marzenie, czyli wyjazd snowboardowy na Alaskę. Drugą przeszkodą, którą trzeba było pokonać to zebranie na taki wyjazd zgranej paczki. Finalnie udało mi się namówić Tomka jego akurat specjalnie nie trzeba namawiać na takie eskapady, drugą osobą był Marcin… jeżeli chodzi o Marcina mieliśmy okazję go poznać podczas jednych z zawodów w Słowacji Marcin na hasło Alaska szybko podłapał pomysł i nastąpiła pełna mobilizacja, ruszyliśmy więc z przygotowaniami. Do ekipy dołączył jeszcze Michał, który miał już okazję uczestniczyć w Tailgate Alaska ale niestety z przyczyn zdrowotnych musiał zrezygnować z wyjazdu… Przygotowania trwały rok czasu polegały one w większej mierze na rezerwacjach tj. RV (czyt. kamper), hoteli, zakupach biletów lotniczych i biletów na festiwal Tailgate Alaska kluczową sprawą było rozłożenie tych wszystkich wydatków tak aby nie zbankrutować 😉
Finalnie na Alaskę wylecieliśmy z Polski z Krakowa dokładnie 26 marca 2014 roku i w tedy wszystko się zaczęło… 😀

Podróż w kierunku marzeń…

Nasza podróż zaczęła się w Krakowie na lotnisku, a zakończyła w Anchorage, oczywiście nie obeszło się bez przygód po drodze przez, które mieliśmy 12 godzinne opóźnienie, a mogliśmy mieć jeszcze większe ale dzięki uprzejmości United Airlines wszystko zakończyło się pomyślnie.
Gdy już wylądowaliśmy w Anchorage na lotnisku wszystko przebiegło sprawnie, pozostało nam tylko zadzwonić do firmy, w której wynajęliśmy RV aby rozpocząć naszą podróż, oczywiście z minuty na minutę adrenalina i ciekawość wzrastała.
Na lotnisku długo nie czekaliśmy po chwili pojawiła się Pani, która nas zabrała i zawiozła na miejsce gdzie mieliśmy odebrać kampera, tam szybko zostaliśmy przeszkoleni, załatwiliśmy wszystkie formalności, wszystko zapakowaliśmy do kampera i ruszyliśmy w kierunku Thompson Pass, czyli naszego docelowego miejsca gdzie planowaliśmy spędzić 10 dni.
Naszym celem był festiwal Tailgate Alaska jest to chyba największy festiwal freeride na świecie.
Na tego rocznym festiwalu pojawili się raiderzy aż z 16 różnych krajów, w tym team Never Summer, który w tym roku objął patronat nad festiwalem, a także wiele innych, których nie sposób tutaj wymienić. TGA to tak naprawdę jeden wielki basecamp na którym są same Kampery, namioty skutery, helikoptery i masa ludzi gotowych do codziennych poszukiwań swoich lajnów na pobliskich szczytach 😉ns
Podczas festiwalu działo się wiele rzeczy, które też nie sposób tutaj opisać. Było strzelanie, strzelanie z fajerwerków do późnych nocnych godzin, ogniska, zabawy w specjalnie przygotowanym namiocie, w którym odbył się także emocjonujący mecz pomiędzy Tomkiem a jednym z wyjadaczy snowboardowych na Alasce 😉
Były także szkolenia lawinowe, szkolenia użytkowania skuterów, które prowadziła firma SkiDoo itp. W każdym razie każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Miejsce festiwalu to Thompson Pass. To przełęcz leżąca na wysokości około 850m n.p.m. w paśmie górskim Chugach Mountains na północnym wschodzie od miasta Valdez, które leży około godziny jazdy od przełęczy TP.

Tak jak pisałem wcześniej festiwal trwał 10dni, my ze względu na warunki pogodowe które popsuły się w ostatnie dni skróciliśmy czas na przełęczy do 8 dni. Podczas tych 8 dni pogoda nam dopisała maksymalnie, czyli cały czas tzw. lampa ☺

Pierwsze dni niesamowitych przeżyć, a także pierwsze dni rozczarowań…

Nadszedł pierwszy dzień jazdy, czyli rano pobudka i ogień.
Wstaliśmy o godzinie 7 rano a 8 już byliśmy w pełni gotowi, ja z Marcinem ubrani w rakiety śnieżne i z deskami na plecach, a Tomek na splicie w pełni zmobilizowani. Pierwszym już na starcie zaskoczeniem była zbyt duża cisza na basecampie, okazało się, że jeszcze praktycznie wszyscy śpią, no cóż, długo się nad tym nie zastanawiając ruszyliśmy w kierunku naszego celu, był nim Berlin Wall.
Z basecampu zajęło nam to około 3-4 godzin, niestety podczas wspinania na BW okazało się, że nie będzie to zjazd marzeń, niestety warunki śniegowe były bardzo niekorzystne i bardzo trudne nie pozwalały na jakieś większe szarże ☺. Strasznie nas to rozczarowało w dodatku był to nasz pierwszy dzień jazdy. Do basecampu powróciliśmy ze spuszczonymi głowami.DSC7411Arec132
Tego dnia już wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo „znaleźć śnieg” i o idealnych zjazdach nie może być mowy. Jeszcze tego samego dnia dzięki uporowi Tomka, postanowiłem z Tomkiem, że załatwimy jeszcze skutery i zbadamy teren po drugiej stronie basecampu, czyli z południowych stoków ruszyliśmy na północne, jazda na miejsce skuterami zajęła nam około 20-30 minut i był to niezły fun!
Gdy dojechaliśmy z Tomkiem na miejsce zaczęliśmy szukać miejsc do zjazdów tak aby już w kolejne dni mniej więcej wiedzieć gdzie można coś zjechać. Po tzw. „sled bums” zjechaliśmy do basecampu i w końcu pojawiły się banany na naszych twarzach i to było to!.

W kamperze…

Jak wcześniej wspomniałem mieszkaliśmy cały czas w RV, czyli w kamperze. Kampera wypożyczyliśmy klasy C 24” kamper był przygotowany na 4 osoby, mieliśmy w nim dużo miejsca, był wyposażony w praktycznie wszystko, TV, mikrofala, lodówka, kuchenka gazowa, ogrzewanie wentylacyjne i wszystko to co jest potrzebne do codziennego użytkowania. Kamper jest wspomagany agregatem prądotwórczym i gazem. Jedynym minusem mieszkania w kamperze zimą było to, że nie mogliśmy używać ubikacji, prysznicy itp. Co 3-4 dni musieliśmy jeździć do miasta Valdez aby wziąć prysznic i dodatkowo uzupełnić zapasy np. wody i jedzenia na kolejne 3-4 dni. Z ubikacji korzystaliśmy z tzw. TOITOI rozstawionych na terenie basecampu. Z suszeniem ciuchów też nie było większych problemów bo w kamperze mieliśmy ciepło , a czasami nawet za ciepło 😉 Nie było raczej obaw, że czegoś nie wysuszymy. Dodatkowo korzystaliśmy z popularnych w stanach pralni, w których można szybko wyprać i wysuszyć ciuchy.

DSC_0007Tak więc miło spędzaliśmy czas w kamperze i nie było z tego powodu jakiegoś większego dyskomfortu. Dużym plusem była także mobilność, w każdej chwili mogliśmy gdzieś wyjechać, nie musieliśmy się włóczyć po hotelach itd.

W kolejne dni porzuciliśmy rakiety, splity… była już tylko jazda, sleding i heliboarding.

Przeważnie wyglądało to tak, że robiliśmy tzw. sled bums, który polegał na tym, że jeden z chłopaków podrzucał nas skuterem w docelowe miejsce, oczywiście skuterem nie da się wjechać na szczyt zbyt duże ryzyko i miejscami za stromo, więc resztę drogi pokonywaliśmy z „buta” podejście na szczyt zajmowało nam około 1-2 godzin. Między szczytami na Alasce były ogromne odległości, więc dziennie udawało nam się zaliczyć od 1-2 szczyty.IMG_2359tomek
Jeżeli chodzi o warunki śniegowe np. w żlebach to niestety były bardzo trudne, tak naprawdę jazda w żlebach nie wchodziła w grę, więc musieliśmy szukać innego rodzaju miejsc. Jak wcześniej pisałem bardzo dużą rolę odgrywał wiatr, który właśnie powodował, że w żlebach był po prostu „beton” i bardzo zmienne warunki. Śnieg na Alasce jest cięży i „gęstszy” w porównaniu, z tym europejskim, przynajmniej odniosłem takie wrażenie, co powodowało, że deski tak nie tonęły w śniegu, jeżeli chodzi o zagrożenia lawinowe to w większości miejscach pokrywa była stabilna, codziennie także komunikat o pokrywie śnieżnej w różnych regionach otrzymywaliśmy od rescue teamu z Alaska Avalanche Center, którzy także brali udział w festiwalu Tailgate Alaska.

Czas na Heliboarding!

Na samą już myśl adrenalina wzrosła nam na maksa 😉DSC_0306
Za nim oczywiście wsiedliśmy do helikoptera musieliśmy przejść dwie odprawy. Pierwsza odprawa dotyczyła poruszania, wsiadania i wysiadania, podczas pracy helikoptera, czyli po prostu zakazy, nakazy itp. 😀 Druga odprawa była już z samym przewodnikiem, który przekazał nam najistotniejsze informacje na temat warunków, lawin itp. dodatkowo przeprowadził test, który polegał na sprawdzeniu naszej wiedzy na temat posługiwania się detektorem lawinowym, wyglądało to tak, że musieliśmy w jak najszybszym czasie odnaleźć zakopane w śniegu skrzynki, wyglądało to podobnie jak na szkoleniach lawinowych. Gdy już było wszystko w porządku przyszedł czas na start.
Pilot zawoził nas w najlepsze z możliwych warunków, oczywiście nie był to powder z filmów 😉 ale i tak mieliśmy niezły fun! To były jedne z lepszych naszych dni na Alasce, po prostu AWESOME! ☺

Wszystko co ma swój początek ma i swój koniec…

Był już bodajże 8 dzień gdy pogoda zaczęła się psuć, tego dnia udało nam się jeszcze zrobić 3 sled bumps. Dodatkowo na naszych twarzach zaczęło pokazywać się już zmęczenie. Ze względu, że pogoda pogarszała się z minuty na minutę postanowiliśmy, że wyjedziemy wcześniej i zwiedzimy lodowiec Matanuska. Lodowiec Matanuska to teren prywaty z jedynym dostępem do lodowca. Wybierając się na lodowiec trzeba być wyposażonym w linę asekuracyjną, raki, czekany inny sprzęt asekuracyjny, wszystko ze względu na szczeliny, których czasami wogólę nie widać itp.
Naszą podróż zakończyliśmy zwiedzając lodowiec Matanuska miasto Valdez i Anchorage a finalnie odlot samolotem do domu.
Alaska wywarła na mnie ogromne wrażenie wszczególności ludzie, którzy tam mieszkają, którzy są bardzo przemili po prostu to inny świat. Góry, miasta, samochody, rzeki wszystko to wydaje się naprawdę ogromne i ciężko to na raz ogarnąć. Obiecaliśmy sobie, że na pewno tam jeszcze powrócimy! po prostu „Alaska Larger Than Life” 😉
Chcielibyśmy podziękować Maiove.pl a w szczególności marce Pathron Snowboards, 4board.pl.
Dodatkowo do relacji powstają 4 odcinki z naszego pobytu na Alasce i będzie to niejako uzupełnienie tejże relacji. Już dziś można zobaczyć pierwszy odcinek pt. ALTL series EP.01: Steep vs hardpack.

[vimeo id=”108617025″ width=”600″ height=”350″]

Dodatkowo chcielibyśmy podziękować Magazynowi dla snowbarderów MDS za możliwość przekazania Wam chociażby odrobinę naszych przeżyć podczas tej podróży.
W wyprawie wzięli udział: Arkadiusz Chmiel, Tomasz Księski, Marcin Kozieński.
Tekst: Arkadiusz Chmiel
Zdjęcia: Arkadiusz Chmiel, Tomasz Księski, Marcin Kozieński

Previous post

Stubai - Max Parrot

Next post

Ania Lalik w teamie Roxy

The Author

Justyna

Justyna